Zniechęcony
ucieczką drapieżnik biegł przez długi skraj polany, aby jak najszybciej wyrwać
się od goniącego go stada. Jego serce kazało mu zatrzymać się i walczyć jak
prawdziwy samiec, ale właśnie ten basior nie był pewny, czemu cała ta sytuacja
wprawia go w zaniepokojenie. Przez ten długi okres, kiedy w końcu czuł się
wolny i trzymał z daleka od wszelkich trosk, wiele razy był atakowany przez
swych wilczych braci, jednakże za każdym razem, on samotny, pokonywał całe
watahy. Teraz było inaczej. Wilki, które go goniły, były tak samo wielkie jak
on oraz jeszcze mniej ustępliwe. W dodatku budziły w nim podobne odczucia do
tych, kiedy widział osady ludzi i wyczuwał obecność myśliwych. Teraz słyszał
jedynie odgłos doganiających go łap i czuł w nim coś znajomego, budzącego
wspomnienia, co było dla niego niezrozumiałe, bowiem wilk nawet nie domyślał
się, skąd może znać to stado.
Powoli był w stanie dosłyszeć za sobą coraz głośniejsze odgłosy pogoni. To było pewne, że jeśli nie uda mu się czegoś wymyśleć na ostatnią chwilę, ta groźna wataha dogoni go, a on będzie musiał wybierać między skruchą a pewną śmiercią. Żadna z opcji nie była mu przychylna. Nim jednak podjął jakąkolwiek decyzję co dalej robić, jego zwierzęcy instynkt ostrzegł go przed nagłym niebezpieczeństwem. Bowiem jeden z wilków dogonił go i doskoczył do jego ciała, łapiąc tym samym swymi zębiskami za sierść na szyi. Zaatakowany uląkł się i z piskiem wyhamował przednimi łapami, co skutkowało jego podwójnym przewrotem. Szybsza od niego wadera wypuściła go w końcu, jednak zanim ten odnalazł w sobie odpowiednią ilość energii i chęci do dalszej ucieczki, zobaczył, że, największy z nich wszystkich, pochylał się nad jego łbem.
Wilk był cały czarny i potężniejszy od niego. Jego postura sama w sobie była czymś, co mówiło, że to on wydaje tu rozkazy. Wyprostował przednie kończyny i wypiął dumnie szeroką klatkę piersiową do góry. Pewnym siebie wzrokiem spojrzał prosto w źrenice rannego basiora, który mimo tej znacznej niechęci do niego, uniżył się. W jednej chwili dobiegł ostatni wilk, który stanął w odpowiednim miejscu torując mu ostatnią drogę ucieczki. Pozostałe były mniejszej budowy od niego, ale mimo to patrzyły na rannego z wyraźną wyższością, co spotęgowało jego gniew. Jednak nie zaatakował żadnego z nich, gdyż w kręgosłup wbijał mu się ten sam nieprzyjemny wzrok przywódcy. Ten, szybciej niż myślał, ponownie zastąpił mu drogę swym cielskiem, ale teraz bynajmniej spowodował coś więcej niż sam strach. Jego znaczące myśli przeniknęły szybko do umysłu zaatakowanego. Były to pojedyncze obrazy, myśli i dźwięki. Brunatny zwierz zawył, gdy ból prawie rozsadził mu łeb. Alfa, którego rozpoznał w tym potworze o maści ciemnego węgla, nie skruszył się jednak przez jego cierpienie i nieznanym sposobem, znów wysłał mu dawkę nowych, ale bardziej znanych przez niego obrazów.
W pewnej chwili tego nieznośnego bólu, brunatny zwierz przestał hamować potok słów przeszywających jego umysł, ale opuścił gardę i zaczął przyswajać wszystko, co pojawiło mu się przed oczami. Widział ludzi - tylko tego był pewny. Byli to samce. Po chwili, nie wiedzieć czemu, zaczął kojarzyć wszystko ze sobą. W jednym momencie sam zaczął utożsamiać się z postacią, której oczami widział zupełnie inną rzeczywistość od tej, w której żył przez ostatnie 3 tygodnie. Wtedy nagle słowa zlały się w jedno, a brzmiały one głośno i wyraźnie ,,JARED''. W młodym ciele aż zawrzało. Wizje jego matki tulącej go do piersi, przyjaciół nawołujących go do siebie, blondynkę tańczącą z nim przy blasku ognia... Jego źrenice rozszerzyły się, a jego umysł spanikował. Zbyt dużo danych, zbyt wiele wspomnień, tak mało z człowieczeństwa. Jego ciało zaczęło palić go jak żarzące się łuczywo, a w myślach począł krzyczeć, gdyż nie potrafił użyć ludzkich słów do opisania tych potwornych doświadczeń.
,,Jestem człowiekiem''.
-Szybki jesteś, Jared.
-Zawsze był mało kumaty.
-No daj mu spokój.
Dwa znajome głosy. Leah, która była szybsza i zatrzymała go swymi zębami. Paul, który stał obok i bronił swego przyjaciela...
Jared w swej wilczej postaci obrócił się w stronę czarnego Alfy, którego wzrok zmienił się. Nie karał go nim, nie niósł już cierpienia. Patrzył na niego pełen czułości i zrozumienia, gdyż sam jeszcze niedawno przeżył coś podobnego.
-Chodź, Jared. Wszystko jest już dobrze, zaraz ci to wyjaśnię.
Strumień nieokiełznanych wrażeń został przerwany, a młody samiec stanął chwiejnie na swych czterech łapach. Niosła go teraz nowa myśl. Nie było to już ,,Jestem wolny'', ,,Jestem głodny'', ,,Jestem silny''. Teraz brzmiała ona ,,Jestem człowiekiem''.
Powoli był w stanie dosłyszeć za sobą coraz głośniejsze odgłosy pogoni. To było pewne, że jeśli nie uda mu się czegoś wymyśleć na ostatnią chwilę, ta groźna wataha dogoni go, a on będzie musiał wybierać między skruchą a pewną śmiercią. Żadna z opcji nie była mu przychylna. Nim jednak podjął jakąkolwiek decyzję co dalej robić, jego zwierzęcy instynkt ostrzegł go przed nagłym niebezpieczeństwem. Bowiem jeden z wilków dogonił go i doskoczył do jego ciała, łapiąc tym samym swymi zębiskami za sierść na szyi. Zaatakowany uląkł się i z piskiem wyhamował przednimi łapami, co skutkowało jego podwójnym przewrotem. Szybsza od niego wadera wypuściła go w końcu, jednak zanim ten odnalazł w sobie odpowiednią ilość energii i chęci do dalszej ucieczki, zobaczył, że, największy z nich wszystkich, pochylał się nad jego łbem.
Wilk był cały czarny i potężniejszy od niego. Jego postura sama w sobie była czymś, co mówiło, że to on wydaje tu rozkazy. Wyprostował przednie kończyny i wypiął dumnie szeroką klatkę piersiową do góry. Pewnym siebie wzrokiem spojrzał prosto w źrenice rannego basiora, który mimo tej znacznej niechęci do niego, uniżył się. W jednej chwili dobiegł ostatni wilk, który stanął w odpowiednim miejscu torując mu ostatnią drogę ucieczki. Pozostałe były mniejszej budowy od niego, ale mimo to patrzyły na rannego z wyraźną wyższością, co spotęgowało jego gniew. Jednak nie zaatakował żadnego z nich, gdyż w kręgosłup wbijał mu się ten sam nieprzyjemny wzrok przywódcy. Ten, szybciej niż myślał, ponownie zastąpił mu drogę swym cielskiem, ale teraz bynajmniej spowodował coś więcej niż sam strach. Jego znaczące myśli przeniknęły szybko do umysłu zaatakowanego. Były to pojedyncze obrazy, myśli i dźwięki. Brunatny zwierz zawył, gdy ból prawie rozsadził mu łeb. Alfa, którego rozpoznał w tym potworze o maści ciemnego węgla, nie skruszył się jednak przez jego cierpienie i nieznanym sposobem, znów wysłał mu dawkę nowych, ale bardziej znanych przez niego obrazów.
W pewnej chwili tego nieznośnego bólu, brunatny zwierz przestał hamować potok słów przeszywających jego umysł, ale opuścił gardę i zaczął przyswajać wszystko, co pojawiło mu się przed oczami. Widział ludzi - tylko tego był pewny. Byli to samce. Po chwili, nie wiedzieć czemu, zaczął kojarzyć wszystko ze sobą. W jednym momencie sam zaczął utożsamiać się z postacią, której oczami widział zupełnie inną rzeczywistość od tej, w której żył przez ostatnie 3 tygodnie. Wtedy nagle słowa zlały się w jedno, a brzmiały one głośno i wyraźnie ,,JARED''. W młodym ciele aż zawrzało. Wizje jego matki tulącej go do piersi, przyjaciół nawołujących go do siebie, blondynkę tańczącą z nim przy blasku ognia... Jego źrenice rozszerzyły się, a jego umysł spanikował. Zbyt dużo danych, zbyt wiele wspomnień, tak mało z człowieczeństwa. Jego ciało zaczęło palić go jak żarzące się łuczywo, a w myślach począł krzyczeć, gdyż nie potrafił użyć ludzkich słów do opisania tych potwornych doświadczeń.
,,Jestem człowiekiem''.
-Szybki jesteś, Jared.
-Zawsze był mało kumaty.
-No daj mu spokój.
Dwa znajome głosy. Leah, która była szybsza i zatrzymała go swymi zębami. Paul, który stał obok i bronił swego przyjaciela...
Jared w swej wilczej postaci obrócił się w stronę czarnego Alfy, którego wzrok zmienił się. Nie karał go nim, nie niósł już cierpienia. Patrzył na niego pełen czułości i zrozumienia, gdyż sam jeszcze niedawno przeżył coś podobnego.
-Chodź, Jared. Wszystko jest już dobrze, zaraz ci to wyjaśnię.
Strumień nieokiełznanych wrażeń został przerwany, a młody samiec stanął chwiejnie na swych czterech łapach. Niosła go teraz nowa myśl. Nie było to już ,,Jestem wolny'', ,,Jestem głodny'', ,,Jestem silny''. Teraz brzmiała ona ,,Jestem człowiekiem''.
~'''~
Wstałam dzisiaj wcześnie
rano, ponieważ nie tylko musiałam uszykować się do szkoły, ale także sen sam
nie zapragnął zaszczycić mnie swoją obecnością. Odkąd Jared przestał się
pokazywać minęły już 3 tygodnie, a ja
strasznie się z tego powodu denerwuję. Nie mogę spać ani nawet spokojnie myśleć
bez strachu, że stało mu się coś strasznego. W szkole już zaczęły krążyć
plotki. Jedni mówili, że stało mu się coś poważnego, że zawiadomiono policję i
widziano karetkę przed jego domem. Drudzy byli przekonani, że zaginął, ale nikt
tego nie rozgłośnia, aby nie budzić paniki lub sensacji, za to inni tłumaczyli
to tym, że tak jak wielu jego poprzedników postanowił uciec z tej dziczy, ze
wstydu lub zwykłego braku chęci nikogo przy tym nie powiadamiając. Żadna z tych
opcji nie była dla mnie optymistyczna. Wszystkie zdejmowały mi sen z powiek.
Owszem, miałam sobie odpuścić, ale to nie znaczy, że myśli o Jaredzie w obliczu niebezpieczeństwa przejdą mi niezauważalnie koło nosa. W dodatku myśl, że nigdy nie zobaczę Jareda po nieszczęśliwym sobotnim wydarzeniu przysparzała mi jedynie powodów do całodniowego lamentu. Na jej podstawie mogłam równie dobrze napisać list samobójczy.
Nie jestem jedyną, która tak martwi się o jego los. Przyjaciele chłopaka także wydawali się ostatnio jakoś zagubieni, nawet Charlotte wygląda na zmartwioną, mimo że dobrze to ukrywa. Raz, kiedy postanowiłam zaryzykować i zapytać siostrę o jej ,,przyjaciela/chłopaka'', to wybuchła gniewem jednocześnie będąc zdziwioną, że w ogóle się tym tak bardzo interesuję. Chyba zaczęła nawet coś podejrzewać. Podobnie było z Caitlyn, która nie rozumiała mojej troski. Swoje wyrzuty skierowała w moją stronę także dzisiejszego poranka, gdy zrezygnowana znów doczłapałam się do szkoły.
Akurat rozglądałam się po stołówce i korytarzach, kiedy zza moich pleców wyskoczyła Cait. Nawet nie drgnęłam, co jeszcze bardziej ją uraziło.
-Ja rozumiem, Kim, że Ty masz powody do załamki, ale kurde, to nie ty teraz pewnie umierasz gdzieś w rowie, tylko on, więc się tak nie den...
-Caitlyn!- krzyknęłam do niej, kiedy tylko zdałam sobie sprawę z wagi jej słow.
-Tylko żartuję- zachichotała- Albo nie- dodała grobowym tonem.
Wzdrygnęłam się i przyśpieszonym krokiem udałam się w stronę klas.
-To nie jest śmieszne!
-Owszem, nie jest- zrezygnowana przyznała mi rację- Ale nie zapominaj, że Jared nie jest bezbronną dziewczynką, tylko hojnie zbudowanym twardzielem i na pewno wie co zrobić jak jest niebezpiecznie.
Tylko ta myśl dodawała mi otuchy. Caitlyn ma rację, Jared na pewno potrafi bronić się w obliczu zagrożenia. Dziwne też było to, że wbrew wszelkim podejrzeniom jego rodzice nie wszczęli żadnej akcji poszukiwawczej, co może też świadczyć o tym, że jednak przesadzam, bo chłopak musiał po prostu gdzieś wyjechać na jakiś czas z nieznanych nikomu przyczyn.
Jeszcze tego samego dnia okazało się, że nie miałam racji co do ostatniego stwierdzenia. A wydało się to w momencie, kiedy idąc na przerwie obiadowej do stołówki, aby zająć moje i Caitlyn stałe miejsce, wpadłam na rozgoryczone towarzystwo mojej siostry i kłócących się z nią przyjaciół Jareda.
-Nie macie prawa zatajać tego, gdzie on teraz jest! To nie tajemnica państwowa!
Serce podskoczyło mi do gardła, kiedy zamiast przejść obojętnie obok, jak każdy zwykły uczeń, ja rzuciłam się pod przeciwległą ścianę i zaczęłam podsłuchiwać.
-Sami nie wiemy, gdzie on teraz jest, więc daj nam w końcu spokój!- Pierwszego usłyszałam Jacoba Blacka.
-Widzę, że kłamiecie, a jeśli życie wam miłe, to radzę mnie do niego zabrać! Natychmiast!
Mimowolnie i nieadekwatnie do sytuacji przewróciłam oczami. Moja siostra nawet w takiej chwili pozostała nie zmienioną diablicą z naszego dzieciństwa. ,,Chcę to! Natychmiast!'' zaczęło obijać mi się po głowie. Ale słuchałam dalej.
-A niby na jakiej podstawie mielibyśmy Cię do niego zabierać?- zirytował się najlepszy przyjaciel mojego ukochanego, Paul Lahote- Kim ty dla niego niby jesteś, żeby zawracać nam tym głowę?!
-Czyli jednak wiesz gdzie on jest! Przyznałeś to!
-A ty nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie, mała- syknął, a jego głos stał się jeszcze bardziej oschły niż przedtem.
Wyjrzałam delikatnie zza rogu korytarza, w którym właśnie odbywała się ta scenka. Wokół nas przechodziło sporo innych uczniów, jednak większość nie zwracała na to takiej uwagi jak ja. W ich oczach wyglądało to na zwykłą kłótnię, jednak dla mnie miało to podwójne znaczenie.
Paul groźnie pochylał się nad moją małą siostrą, która w tej chwili przypominała mi psa z podkulonym ogonem. Nadal jednak trzymał się w jej oczach błysk dalszej chęci do zadarcia z nimi. Ten chłopak był jednym z najbardziej zaufanych przyjaciół Jareda, który zawsze trzymał się obok niego. Dziwiło mnie to z powodu faktu, że obydwoje byli swoimi przeciwieństwami. Nie chodzi tu o wygląd, gdyż ciężko odróżnić jednego Indianina od drugiego, ale pod względem zachowania byli swoimi przeciwieństwami. Kocham u Jareda jego skrytą delikatność wobec bliźnich oraz przyjazny stosunek do całego świata, nawet jeśli coś mu w nim nie pasowało, ale Paul... Nie znosił nowych ludzi w ich paczce i wykazywał się skomplikowanym rodzajem agresji. Nie był skory się bić, chociaż często do tego dochodziło, ale czego nie znosi- to musi to wytępić. Nie boi się używać słów, nie ma wyrzutów sumienia, ale nie jest też egoistą. Dla przyjaciół zrobi wszystko, jednak mogę stwierdzić, że jest zatwardziałym indywidualistą. Jako jedyny z całej grupy ściął swoje długie charakterystyczne dla Indianina z La Push włosy, co nie spotkało się z przychylnością jego najbliższych.
Nieważne, Paul mnie nie interesuje. Chcę szybko dowiedzieć się o co chodzi. Kiedy wróciłam do podsłuchiwania, jednocześnie martwiąc się o skórę i ego mojej siostrzyczki, już myślałam, że skoczą sobie do gardeł i tyle będzie jeśli chodzi o temat Jareda. Ale stało się coś zupełnie innego. W ich grupie nastąpił rozłam.
-Paul, nie mówi mi...- Jacob złapał kumpla za ramię i obrócił w swoim kierunki- Ty wiesz, gdzie jest Jared?
Był zaniepokojony, a jednocześnie bardzo ciekawy. Paul rozejrzał się po ich twarzach i poczuł się osaczony ich mało zdziwionym wzrokiem.
-Co? Zresztą... To nieważne, dopóki ta mała sie tu kręci...
-To co?- wrzasnęła Charlotte i szybko wpadła na podstęp, który miał jej pomóc w dokopaniu chłopakowi- Powiedz, co musiałabym zrobić, żebyś mi to wyznał, skoro skrywasz to nawet przed swoimi przyjaciółmi?
Mruknęła przy tym delikatnie i natychmiast odsunęła się na drugi plan. Wiedziała, że tama właśnie puściła i należy się już jedynie przyglądać. To jej taktyka: Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Co z tego, że musiała im w tym pomóc. I miała rację. Chłopcy natychmiast skoczyli sobie do gardeł. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak bardzo musiała na nich wpływać nieobecność Jareda, skoro tak zżyci ze sobą ludzie stracili do siebie zaufanie. Doszłam do wniosku, że musiało się wydarzyć coś jeszcze, co ma coś wspólnego ze zniknięciem Jareda, ale czego oni sami jeszcze nie potrafili w pełni zrozumieć. Świadczył o tym ich kolejny, niepewny krok w tej sytuacji.
Pomyślałam, że nie ma sensu dalej tam stać i podsłuchiwać, bo już i tak nic z tego nie wyciągnę. Skoro Paul chciał milczeć to będzie milczał. Chciałam właśnie odsunąć się i zawrócić, kiedy sprzeczka przerodziła się w większą awanturę. Zwykli ,,przechodnie'' zaczęli przystawać i przyglądać się widowiskowi. W pewnym momencie jeden z nich, chyba najbardziej porywczy ze wszystkich- Jacob, rzucił się na Paula, który jednym ruchem ręki pchnął go na ścianę przy której stałam. Nie miałam czasu, aby głębiej się nad tym zastanowić, ponieważ chłopak upadł tuż obok mnie, a ja się wystraszyłam. Upuściłam swoje rzeczy i torbę oraz pisnęłam cicho. Ledwie odsunęłam się, aby zmieszać się z tłumem, a Charlotte doskoczyła do mnie. Jej wzrok mówił jedno: jest wściekła z powodu mojej obecności tam. Wie jak bardzo interesuje mnie miejsce pobytu Jareda, więc nie dziwne, że traktuje mnie jak wścibskiego przeciwnika do wyeliminowania.
-A ty, do cholery, czego tu chcesz?!- wrzasnęła. Nie panowała nad emocjami, bo mój widok wyprowadził ją z równowagi. Nie zdziwiłabym się, gdyby z jej ust zaczęła toczyć się piana. Zaczęłam bać się o to, że to ja zaraz będę leżeć na ziemi. Rozwścieczona nie dała mi nawet szansy na obronę słowną- Czy ty musisz wszędzie węszyć?!
-Nie jesteś lepsza- warknął Lahote, który po prostu chciał jej dogryźć.
-Zamknij ryj! A ty?!- wskazała na mnie- Co tak cały czas węszysz wokół nas, hm? Zakochałaś się czy co?!
-Charlotte, uspokój się...- rozejrzałam się po korytarzu pełnym ciekawskiej widowni.
-Nie! Mam tego dosyć! Cały czas łazisz za mną i wypytujesz o Jareda, jakby był twój! Odwal się od niego wreszcie! On cie nie chce! Nawet cie nie kojarzy!
Otworzyłam szerzej oczy. ,,Widziała nas wtedy na imprezie'' pomyślałam. Zwykła Kim zaraz by się schowała, zrobiła cała czerwona i rozpłakałaby się na miejscu, ale nie wiem czemu, krew uderzyła mi do głowy. Zamiast uciec w pocieszycielskie ramiona Caitlyn, którą z daleka widziałam w tym tłumie zebranym wokół nas uczniów, zrobiłam pewny siebie krok do przodu.
-Widocznie Ciebie tym bardziej nie ma ochoty oglądać, skoro to nie przede mną sobie ucieka! Może mu się znudziło twoje ciągłe wieszanie się na jego szyi?!- w tej chwili mogłabym zakończyć swój wywód, ale nie, mi po tych wszystkich latach męki z nią było mało- I przestań sobie wmawiać, że należy do ciebie, skoro nawet nie chce on się z tobą puścić tak bardzo jak ty z nim!
Przesadziłam. Dobrze wiem, że przesadziłam. Tak mogłaby się zachować Charlotte, ale nie ja. Z tłumu wydobyło się pogwizdywanie. Paul uśmiechnął się. Charlotte miała wkurw w oczach. Zlękłam się bardziej niż poprzednio. Ruszyła w moją stronę, a ja nie miałam wystarczającego pola do wycofania się. Już po mnie. Przesadziłam.
Charlotte gdy tylko znalazła się wystarczająco blisko mnie, uniosła rękę do góry i wymierzyła mi policzek. Automatycznie obróciłam głowę na bok, aby zmniejszyć pole dotyku naszych skór. Serce podskoczyło mi do gardła i zaraz stanęło, ale... Nie poczułam żadnego bólu. Było wręcz na odwrót. Nawet powietrze nie zdołało mnie chociażby musnąć, a wokół nastała grobowa cisza. Kiedy usłyszałam westchnienia podziwu obcych ludzi, uniosłam jedną powiekę do góry, wciąż bojąc się, że zaraz zapiecze mnie policzek. Ale nawet wtedy nic się nie wydarzyło.
Zamiast lecącego ku mnie uderzenia zobaczyłam śmiertelnie zaskoczoną Charlotte, która nawet nie zdążyła wykonać zamachu, kiedy ktoś tuż przed tym zdążył złapać ją za przedramię. Nim obróciłam się wystarczająco mocno, aby ujrzeć twarz mojego wybawcy, jego silna, męska dłoń owinęła mnie wokół talii i przyciągnęła do potężnie zbudowanego torsu. Z powodu zdziwienia i zawstydzenia nie potrafiłam się ruszyć, a widziałam jedynie jego koszulkę, do której dociskał moje wystraszone i wątłe ciało.
Można by powiedzieć, że tak naprawdę zamarłam dopiero wtedy, gdy szepty się spotęgowały.
Chłopcy zaczęli biec w naszą stronę.
W tle usłyszałam szczęśliwy głos Charlotte.
-Jared!
I wtedy ta doskoczyła do szyi naszego ukochanego.
Do szyi Jareda Camerona.
Owszem, miałam sobie odpuścić, ale to nie znaczy, że myśli o Jaredzie w obliczu niebezpieczeństwa przejdą mi niezauważalnie koło nosa. W dodatku myśl, że nigdy nie zobaczę Jareda po nieszczęśliwym sobotnim wydarzeniu przysparzała mi jedynie powodów do całodniowego lamentu. Na jej podstawie mogłam równie dobrze napisać list samobójczy.
Nie jestem jedyną, która tak martwi się o jego los. Przyjaciele chłopaka także wydawali się ostatnio jakoś zagubieni, nawet Charlotte wygląda na zmartwioną, mimo że dobrze to ukrywa. Raz, kiedy postanowiłam zaryzykować i zapytać siostrę o jej ,,przyjaciela/chłopaka'', to wybuchła gniewem jednocześnie będąc zdziwioną, że w ogóle się tym tak bardzo interesuję. Chyba zaczęła nawet coś podejrzewać. Podobnie było z Caitlyn, która nie rozumiała mojej troski. Swoje wyrzuty skierowała w moją stronę także dzisiejszego poranka, gdy zrezygnowana znów doczłapałam się do szkoły.
Akurat rozglądałam się po stołówce i korytarzach, kiedy zza moich pleców wyskoczyła Cait. Nawet nie drgnęłam, co jeszcze bardziej ją uraziło.
-Ja rozumiem, Kim, że Ty masz powody do załamki, ale kurde, to nie ty teraz pewnie umierasz gdzieś w rowie, tylko on, więc się tak nie den...
-Caitlyn!- krzyknęłam do niej, kiedy tylko zdałam sobie sprawę z wagi jej słow.
-Tylko żartuję- zachichotała- Albo nie- dodała grobowym tonem.
Wzdrygnęłam się i przyśpieszonym krokiem udałam się w stronę klas.
-To nie jest śmieszne!
-Owszem, nie jest- zrezygnowana przyznała mi rację- Ale nie zapominaj, że Jared nie jest bezbronną dziewczynką, tylko hojnie zbudowanym twardzielem i na pewno wie co zrobić jak jest niebezpiecznie.
Tylko ta myśl dodawała mi otuchy. Caitlyn ma rację, Jared na pewno potrafi bronić się w obliczu zagrożenia. Dziwne też było to, że wbrew wszelkim podejrzeniom jego rodzice nie wszczęli żadnej akcji poszukiwawczej, co może też świadczyć o tym, że jednak przesadzam, bo chłopak musiał po prostu gdzieś wyjechać na jakiś czas z nieznanych nikomu przyczyn.
Jeszcze tego samego dnia okazało się, że nie miałam racji co do ostatniego stwierdzenia. A wydało się to w momencie, kiedy idąc na przerwie obiadowej do stołówki, aby zająć moje i Caitlyn stałe miejsce, wpadłam na rozgoryczone towarzystwo mojej siostry i kłócących się z nią przyjaciół Jareda.
-Nie macie prawa zatajać tego, gdzie on teraz jest! To nie tajemnica państwowa!
Serce podskoczyło mi do gardła, kiedy zamiast przejść obojętnie obok, jak każdy zwykły uczeń, ja rzuciłam się pod przeciwległą ścianę i zaczęłam podsłuchiwać.
-Sami nie wiemy, gdzie on teraz jest, więc daj nam w końcu spokój!- Pierwszego usłyszałam Jacoba Blacka.
-Widzę, że kłamiecie, a jeśli życie wam miłe, to radzę mnie do niego zabrać! Natychmiast!
Mimowolnie i nieadekwatnie do sytuacji przewróciłam oczami. Moja siostra nawet w takiej chwili pozostała nie zmienioną diablicą z naszego dzieciństwa. ,,Chcę to! Natychmiast!'' zaczęło obijać mi się po głowie. Ale słuchałam dalej.
-A niby na jakiej podstawie mielibyśmy Cię do niego zabierać?- zirytował się najlepszy przyjaciel mojego ukochanego, Paul Lahote- Kim ty dla niego niby jesteś, żeby zawracać nam tym głowę?!
-Czyli jednak wiesz gdzie on jest! Przyznałeś to!
-A ty nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie, mała- syknął, a jego głos stał się jeszcze bardziej oschły niż przedtem.
Wyjrzałam delikatnie zza rogu korytarza, w którym właśnie odbywała się ta scenka. Wokół nas przechodziło sporo innych uczniów, jednak większość nie zwracała na to takiej uwagi jak ja. W ich oczach wyglądało to na zwykłą kłótnię, jednak dla mnie miało to podwójne znaczenie.
Paul groźnie pochylał się nad moją małą siostrą, która w tej chwili przypominała mi psa z podkulonym ogonem. Nadal jednak trzymał się w jej oczach błysk dalszej chęci do zadarcia z nimi. Ten chłopak był jednym z najbardziej zaufanych przyjaciół Jareda, który zawsze trzymał się obok niego. Dziwiło mnie to z powodu faktu, że obydwoje byli swoimi przeciwieństwami. Nie chodzi tu o wygląd, gdyż ciężko odróżnić jednego Indianina od drugiego, ale pod względem zachowania byli swoimi przeciwieństwami. Kocham u Jareda jego skrytą delikatność wobec bliźnich oraz przyjazny stosunek do całego świata, nawet jeśli coś mu w nim nie pasowało, ale Paul... Nie znosił nowych ludzi w ich paczce i wykazywał się skomplikowanym rodzajem agresji. Nie był skory się bić, chociaż często do tego dochodziło, ale czego nie znosi- to musi to wytępić. Nie boi się używać słów, nie ma wyrzutów sumienia, ale nie jest też egoistą. Dla przyjaciół zrobi wszystko, jednak mogę stwierdzić, że jest zatwardziałym indywidualistą. Jako jedyny z całej grupy ściął swoje długie charakterystyczne dla Indianina z La Push włosy, co nie spotkało się z przychylnością jego najbliższych.
Nieważne, Paul mnie nie interesuje. Chcę szybko dowiedzieć się o co chodzi. Kiedy wróciłam do podsłuchiwania, jednocześnie martwiąc się o skórę i ego mojej siostrzyczki, już myślałam, że skoczą sobie do gardeł i tyle będzie jeśli chodzi o temat Jareda. Ale stało się coś zupełnie innego. W ich grupie nastąpił rozłam.
-Paul, nie mówi mi...- Jacob złapał kumpla za ramię i obrócił w swoim kierunki- Ty wiesz, gdzie jest Jared?
Był zaniepokojony, a jednocześnie bardzo ciekawy. Paul rozejrzał się po ich twarzach i poczuł się osaczony ich mało zdziwionym wzrokiem.
-Co? Zresztą... To nieważne, dopóki ta mała sie tu kręci...
-To co?- wrzasnęła Charlotte i szybko wpadła na podstęp, który miał jej pomóc w dokopaniu chłopakowi- Powiedz, co musiałabym zrobić, żebyś mi to wyznał, skoro skrywasz to nawet przed swoimi przyjaciółmi?
Mruknęła przy tym delikatnie i natychmiast odsunęła się na drugi plan. Wiedziała, że tama właśnie puściła i należy się już jedynie przyglądać. To jej taktyka: Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Co z tego, że musiała im w tym pomóc. I miała rację. Chłopcy natychmiast skoczyli sobie do gardeł. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak bardzo musiała na nich wpływać nieobecność Jareda, skoro tak zżyci ze sobą ludzie stracili do siebie zaufanie. Doszłam do wniosku, że musiało się wydarzyć coś jeszcze, co ma coś wspólnego ze zniknięciem Jareda, ale czego oni sami jeszcze nie potrafili w pełni zrozumieć. Świadczył o tym ich kolejny, niepewny krok w tej sytuacji.
Pomyślałam, że nie ma sensu dalej tam stać i podsłuchiwać, bo już i tak nic z tego nie wyciągnę. Skoro Paul chciał milczeć to będzie milczał. Chciałam właśnie odsunąć się i zawrócić, kiedy sprzeczka przerodziła się w większą awanturę. Zwykli ,,przechodnie'' zaczęli przystawać i przyglądać się widowiskowi. W pewnym momencie jeden z nich, chyba najbardziej porywczy ze wszystkich- Jacob, rzucił się na Paula, który jednym ruchem ręki pchnął go na ścianę przy której stałam. Nie miałam czasu, aby głębiej się nad tym zastanowić, ponieważ chłopak upadł tuż obok mnie, a ja się wystraszyłam. Upuściłam swoje rzeczy i torbę oraz pisnęłam cicho. Ledwie odsunęłam się, aby zmieszać się z tłumem, a Charlotte doskoczyła do mnie. Jej wzrok mówił jedno: jest wściekła z powodu mojej obecności tam. Wie jak bardzo interesuje mnie miejsce pobytu Jareda, więc nie dziwne, że traktuje mnie jak wścibskiego przeciwnika do wyeliminowania.
-A ty, do cholery, czego tu chcesz?!- wrzasnęła. Nie panowała nad emocjami, bo mój widok wyprowadził ją z równowagi. Nie zdziwiłabym się, gdyby z jej ust zaczęła toczyć się piana. Zaczęłam bać się o to, że to ja zaraz będę leżeć na ziemi. Rozwścieczona nie dała mi nawet szansy na obronę słowną- Czy ty musisz wszędzie węszyć?!
-Nie jesteś lepsza- warknął Lahote, który po prostu chciał jej dogryźć.
-Zamknij ryj! A ty?!- wskazała na mnie- Co tak cały czas węszysz wokół nas, hm? Zakochałaś się czy co?!
-Charlotte, uspokój się...- rozejrzałam się po korytarzu pełnym ciekawskiej widowni.
-Nie! Mam tego dosyć! Cały czas łazisz za mną i wypytujesz o Jareda, jakby był twój! Odwal się od niego wreszcie! On cie nie chce! Nawet cie nie kojarzy!
Otworzyłam szerzej oczy. ,,Widziała nas wtedy na imprezie'' pomyślałam. Zwykła Kim zaraz by się schowała, zrobiła cała czerwona i rozpłakałaby się na miejscu, ale nie wiem czemu, krew uderzyła mi do głowy. Zamiast uciec w pocieszycielskie ramiona Caitlyn, którą z daleka widziałam w tym tłumie zebranym wokół nas uczniów, zrobiłam pewny siebie krok do przodu.
-Widocznie Ciebie tym bardziej nie ma ochoty oglądać, skoro to nie przede mną sobie ucieka! Może mu się znudziło twoje ciągłe wieszanie się na jego szyi?!- w tej chwili mogłabym zakończyć swój wywód, ale nie, mi po tych wszystkich latach męki z nią było mało- I przestań sobie wmawiać, że należy do ciebie, skoro nawet nie chce on się z tobą puścić tak bardzo jak ty z nim!
Przesadziłam. Dobrze wiem, że przesadziłam. Tak mogłaby się zachować Charlotte, ale nie ja. Z tłumu wydobyło się pogwizdywanie. Paul uśmiechnął się. Charlotte miała wkurw w oczach. Zlękłam się bardziej niż poprzednio. Ruszyła w moją stronę, a ja nie miałam wystarczającego pola do wycofania się. Już po mnie. Przesadziłam.
Charlotte gdy tylko znalazła się wystarczająco blisko mnie, uniosła rękę do góry i wymierzyła mi policzek. Automatycznie obróciłam głowę na bok, aby zmniejszyć pole dotyku naszych skór. Serce podskoczyło mi do gardła i zaraz stanęło, ale... Nie poczułam żadnego bólu. Było wręcz na odwrót. Nawet powietrze nie zdołało mnie chociażby musnąć, a wokół nastała grobowa cisza. Kiedy usłyszałam westchnienia podziwu obcych ludzi, uniosłam jedną powiekę do góry, wciąż bojąc się, że zaraz zapiecze mnie policzek. Ale nawet wtedy nic się nie wydarzyło.
Zamiast lecącego ku mnie uderzenia zobaczyłam śmiertelnie zaskoczoną Charlotte, która nawet nie zdążyła wykonać zamachu, kiedy ktoś tuż przed tym zdążył złapać ją za przedramię. Nim obróciłam się wystarczająco mocno, aby ujrzeć twarz mojego wybawcy, jego silna, męska dłoń owinęła mnie wokół talii i przyciągnęła do potężnie zbudowanego torsu. Z powodu zdziwienia i zawstydzenia nie potrafiłam się ruszyć, a widziałam jedynie jego koszulkę, do której dociskał moje wystraszone i wątłe ciało.
Można by powiedzieć, że tak naprawdę zamarłam dopiero wtedy, gdy szepty się spotęgowały.
Chłopcy zaczęli biec w naszą stronę.
W tle usłyszałam szczęśliwy głos Charlotte.
-Jared!
I wtedy ta doskoczyła do szyi naszego ukochanego.
Do szyi Jareda Camerona.
~'''~
Tak jak obiecałam, oto nowy rozdział, dłuższy od pozostałych. Trochę się napracowałam nad jego powstaniem, jednak sądzę, że warto było i wcale nie wyszedł tak źle jak na początku myślałam, chociaż ocena zależy tylko i wyłącznie od Was :)
Chcę jednak coś wyjaśnić tak na koniec:
Początek rozdziału (jak i koniec poprzedniego) dotyczy przemyśleń Jareda w postaci wilka. Pewnie zastanawiacie się (głównie Ci, którzy nie czytali opisu pierwszej przemiany w książce) dlaczego jego myśli są tak chaotyczne, a ja, żeby objaśnić sytuację, wyjaśnię Wam jedną rzecz: Podczas pierwszej przemiany zmiennokształtny nie wie, co się dzieje, a jego zwierzęca natura bierze przewagę, przez co nie wie on nawet, że kiedykolwiek wcześniej był człowiekiem. U każdego przemiana zachodzi inaczej, jednak zawsze pojawiają się te chwile dezorientacji. Jeśli dobrze pamiętam, to u Sama trwała ona zaledwie 2 tygodnie zanim przypomniał sobie kim naprawdę jest, a użyłam słowa ,,zaledwie'', ponieważ był pierwszym zmiennokształtnym i nikt nie szukał go, ani mu nie pomógł wrócić do normalności, co robił z przyszłymi zmiennokształtnymi. Jared także znajdował się w tym stanie i długo minęło zanim udało się go odnaleźć, dlatego mam nadzieje, że rozumiecie co chciałam Wam przekazać.
Obrazy, które wysyłał mu Sam to proces, który zachodzi między zmiennokształtnymi z jednej watahy- aby ułatwić komunikację posługują się oni wysyłaniem swoich myśli i tego co widzą. Sam, zaraz po tym jak stanął przed Jaredem i zniewolił go, aby oficjalnie dołączyć go do swojego stada, mógł wysłać mu wspomnienia, aby ten szybciej przypomniał sobie kim jest na prawdę. Wspomnienia, oczywiście, dotyczyły jego życia.
Dalej: Chcę, żebyście zwrócili uwagę na tę podkreśloną INDYWIDUALNOŚĆ Paula według Kim. Chodzi tu głównie o to, że Paul w mojej opowieści przemienił się jako drugi, zaraz po Samie. Nie mógł on jednak nikomu powiedzieć o tym, dlatego jego zachowanie jest odbierane tak jak ukazałam to wyżej. Poza tym uwielbiam opisywać przemiany wewnętrzne po pierwszej przemianie u bohaterów, dlatego jako przykład podałam na początek skrócenie włosów Paula: Zmiennokształtni muszą (u mnie przynajmniej) obcinać włosy, aby przemiana zachodziła łagodniej, a miało to też wpływ na długość futra u wilczej postaci, co mogło sprawiać im problemy.
Dziękuję za wysłuchanie mojego monologu oraz zapraszam do wyrażania swoich opinii :) Jakby co- możecie zadawać pytania, odpowiem na wszystkie, czy to w mailu czy w komentarzu :)
Dziękuję i Pozdrawiam.
Tak jak obiecałam, oto nowy rozdział, dłuższy od pozostałych. Trochę się napracowałam nad jego powstaniem, jednak sądzę, że warto było i wcale nie wyszedł tak źle jak na początku myślałam, chociaż ocena zależy tylko i wyłącznie od Was :)
Chcę jednak coś wyjaśnić tak na koniec:
Początek rozdziału (jak i koniec poprzedniego) dotyczy przemyśleń Jareda w postaci wilka. Pewnie zastanawiacie się (głównie Ci, którzy nie czytali opisu pierwszej przemiany w książce) dlaczego jego myśli są tak chaotyczne, a ja, żeby objaśnić sytuację, wyjaśnię Wam jedną rzecz: Podczas pierwszej przemiany zmiennokształtny nie wie, co się dzieje, a jego zwierzęca natura bierze przewagę, przez co nie wie on nawet, że kiedykolwiek wcześniej był człowiekiem. U każdego przemiana zachodzi inaczej, jednak zawsze pojawiają się te chwile dezorientacji. Jeśli dobrze pamiętam, to u Sama trwała ona zaledwie 2 tygodnie zanim przypomniał sobie kim naprawdę jest, a użyłam słowa ,,zaledwie'', ponieważ był pierwszym zmiennokształtnym i nikt nie szukał go, ani mu nie pomógł wrócić do normalności, co robił z przyszłymi zmiennokształtnymi. Jared także znajdował się w tym stanie i długo minęło zanim udało się go odnaleźć, dlatego mam nadzieje, że rozumiecie co chciałam Wam przekazać.
Obrazy, które wysyłał mu Sam to proces, który zachodzi między zmiennokształtnymi z jednej watahy- aby ułatwić komunikację posługują się oni wysyłaniem swoich myśli i tego co widzą. Sam, zaraz po tym jak stanął przed Jaredem i zniewolił go, aby oficjalnie dołączyć go do swojego stada, mógł wysłać mu wspomnienia, aby ten szybciej przypomniał sobie kim jest na prawdę. Wspomnienia, oczywiście, dotyczyły jego życia.
Dalej: Chcę, żebyście zwrócili uwagę na tę podkreśloną INDYWIDUALNOŚĆ Paula według Kim. Chodzi tu głównie o to, że Paul w mojej opowieści przemienił się jako drugi, zaraz po Samie. Nie mógł on jednak nikomu powiedzieć o tym, dlatego jego zachowanie jest odbierane tak jak ukazałam to wyżej. Poza tym uwielbiam opisywać przemiany wewnętrzne po pierwszej przemianie u bohaterów, dlatego jako przykład podałam na początek skrócenie włosów Paula: Zmiennokształtni muszą (u mnie przynajmniej) obcinać włosy, aby przemiana zachodziła łagodniej, a miało to też wpływ na długość futra u wilczej postaci, co mogło sprawiać im problemy.
Dziękuję za wysłuchanie mojego monologu oraz zapraszam do wyrażania swoich opinii :) Jakby co- możecie zadawać pytania, odpowiem na wszystkie, czy to w mailu czy w komentarzu :)
Dziękuję i Pozdrawiam.
Jeju 😍 nareszcie ! Super ❤ coraz bardziej nie znosze tej Charlotte 😠 a teraz każde będę dodawane co 2 tygodnie ?,bo teraz w sumie wolne jest i może jednak udałoby ci się cos napisać. Na ten czekałam cierpliwie i nie żałuję,bo doczekałam sie czegoś niesamowitego. Szczerze? To 5 razy czytałam to
OdpowiedzUsuńZauważyłam, że bardzo odpowiada mi termin 2 tygodni, gdyż mam czasem zawalone robotą i muszę się brać w garść, aby stworzyć coś w miarę dobrego, dlatego też zostawię to jako nową tradycję :D Cieszę się, że Ci się podobało, jednakże juz jutro wyjezdzam daleko, gdzie będę musiała nadrabiać zaległości oraz będzie krucho ze sprzętem, aby cokolwiek wstawiać, jednak postaram się dotrzymać umowy, a jak nie, to będę stale informowac :D
UsuńPS. W te ferie pomyślałam czy nie warto byłoby się zająć też trochę reklamą dla mojego bloga, gdyż z odwiedzinami coraz bardziej krucho, a tym bardziej z koomentarzami, ktore (tak jak Twoje-najbardziej) na mnie działają.
Chcę Ci także podziękować, bo gdyby nie Twoje dobre słowa blog zakonczył by się już na 2 rozdziale :*
Dobrze 😊 postaram się jakoś wytrzymać xd udaje mi sie cały czas wytrzymać te 2 tyg(chociaż i tak zaglądam tu codziennie ale oj tam) w sumie termin 2 tygodni jest dobry ,bo co rozdział ciekawszy 😍 ta końcówka jak dla mnie najlepsza ! A i zostanę stałą komentatorką i czytelniczką .tylko skoro Leah przeszła wczesniej przemianę to i Seth również? Czy ich ojciec żyje ? Noi ostatnie pytanie:czy planujesz cos ze Kim będzie w niebezpieczeństwie (to może troche zdradzić ,ale ciekawi mnie mega).
UsuńPS-ja ci nie pozwolę tego zakończyć 😂 mogę rozesłać znajomym jak chcesz . Ale proszę nie zakańczaj,pisz chociażby dla mnie 😍😘
Co do akcji- przewiduje wszystko i nic na raz xd nie lubie szybkich przejsc miedzy akcjami, dlatego sama ich nie robię :P
UsuńCo do czytelników- chcę zrobić reklamę, gdyż mam nadzieję, ze znajdę jeszcze wiecej czytelników, chociaz juz teraz wiem, ze zaden nie bedzie dorównywać Tobie ! :D nie musisz zmuszać swoch przyjaciół, nie chce byc wredna xd
Pozdrawiam :D
Ja zawsze jak czytam twoje rozdziały to sobie to wyobrażam 😂 a tak mam tylko w dobrych książkach xd ciężko jest mnie "zadowolić"
UsuńE tam zmuszać ,przeczytają z własnej woli . No mam nadzieje ,że żaden mi nie dorówna 😅 a jak ci idzie pisanie kolejnego ? Kiedy byś skończyła? ^^
Wybacz, że tak długo się nie odzywałam oraz nie zdążyłam złożyć Wesołych Świąt, ale trochę mało czasu mam 😅 Tak czy inaczej planuję wstawić nowy rozdział 6 stycznia najpóźniej ;P Mam nadzieje, że mnie za to nie znienawidzisz xd poza tym planu rozpowszechnienia bloga też diabły wzięły, więc chociaż rozdział będzie :P
OdpowiedzUsuńRozumiem 😊 ja tobie chciałam życzyć Szczęśliwego Nowego Roku(może troche za późno no ale xd)miałabym cie znienawidzić?! Nigdy w życiu 😊😂 jakos wytrzymam do tego 6..liczę,ze nowy będzie dłuższy
UsuńMam złe wieści- myślałam, że dzisiaj dostanę w końcu laptopa, ale serwis się troszeczkę spóźnia i najwyraźniej będę w stanie wstawić coś dopiero w weekend :< Jednak jest też dobra wiadomosc- rozdizał jest już napisany i gotowy do wstawienia, tyle, że jest jeszcze na kartkach i czeka tylko, aż go przepiszę :3
UsuńDziękuję za życzenia, pozdrawiam :*
Szkoda,że nie dzisiaj no ,ale wytrzymałam tyle to i wytrzymam te kilka dni :3 ciesze sie ,ze rozdzial chociaz jest. Również pozdrawiam <3
Usuń